Stowarzyszenie Vajra

Noc z Jurajskimi Duchami

Email Drukuj PDF

Noc z 14/15 sierpnia baza Reczkowe/Jura i imprezka po nazwą „Na tropie Jurajskich Duchów”. Wybraliśmy się na tą imprezkę ponieważ: primo - na orientację, a to jest to co tygrysy lubią najbardziej, duo - blisko pół godzinki od domu, sekundo - lubimy się zmęczyć a ostatnio coś nie było okazji. No dobrze, ale po kolei. Po owocnej dniówce szybko do domu  i przepak trochę mozolny bo nic nie mogę znaleźć jak zwykle, na szczęście moja niezawodna żona ogarnia temat. Mam takie domysły, że specjalnie chowa przede mną wszystkie rzeczy, a potem szybko proszę się jej i nagle znajduje. Paweł zajeżdża już o 19.00 pełen energii i fascynacji, ponieważ to jego pierwsza pięćdziesiątka na orientację. Wypijamy kawkę i w drogę. Ja na luzie jak zwykle i bez przygotowania, skąpo odziany z jednym izotonikiem, marsem i multidrinkiem – bo jak w zamierzeniach sobie myślę to w 7h powinniśmy się wyrobić (jak się potem okazało to piasek i noc zweryfikowała trochę plany). W przeciwieństwie do mnie Paweł doładowany na full i to nas uratowało przed śmiercią głodową. Docieramy do Reczkowa, miła obsługa rejestruje nas i czekamy, półtorej godziny przed startem. W między czasie rusza rowerowa giga 150 km. Czas szybko mija na pogaduchach przy kawie, co jakiś czas pojawiają się znajomi. Wymiana relacji z poprzednich startów i plany na następne. Wreszcie start, rozdanie map i w drogę, po 2 minutach okazuje się, że zapomniałem izotonia wracam i jest stoi na stole. Napieramy na pierwszy punkt kapliczka, podbijamy i dalej, po chwili orientuję się, że znowu zostawiłem izotonika na punkcie – obiecuję sobie, że zainwestuje w nereczkę żeby nie nosić w rekach. Paweł deklaruje, że będzie mnie żywić i poić. Po chwili znowu pech Pawłowi siadły dwie latareczki, na szczęście ma jeszcze czołówkę, a ja dodatkową latarkę. Dobra fajnie się zaczęło ciekawe co jeszcze, po chwili coś mi nie gra z kierunkami, staramy się dotrzeć do szlaku konnego na przełaj jest i dalej na zachód, po chwili spotykamy parkę z pieskami zmierzającą w przeciwnym kierunku. Mają kompas – łapiemy na nowo kierunek i teraz już napieramy na właściwy zachód :) Piasek daje się we znaki, a jakieś szlaki nie zaznaczone mącą w głowie wreszcie docieramy do ścieżki dydaktycznej gdzie odnajdujemy się w terenie, po 3 minutach odnajdujemy PK 7.  Potem idzie już gładko Błędów, Grabowa, Chechło, Klucze – z Czubatki na pewniaka napieram w stronę pomorskich skałek i tu znowu zong.  Noc bez kompasu jest jednak zdradliwa, znowu na przeczucie, ale Paweł na szczęścicie nawiguje z gwiazd z uśmiechem mówiąc, że warto było siedzieć na lekcjach geografii. Jeden błąd kosztuje nas przedzieranie się przez gęsty zagajniczek. Z Pomorzan na zamek w Rabsztynie i zaczyna się troszkę nudny przebieg po asfaltach, ale za to przez stacje Statoil gdzie uzupełniamy wodę do bidonów bo nas bardzo wysuszyło – niestety tylko kranówkę bo jak zwykle pomyśleliśmy po co nam kasa w nocy.  Kierunek Bolesław po drodze zbieramy punkt na Grodzisku. Hutki i kierunek Laski tu też chwilka adventure przez las i docieramy do jeziorek, tu troszkę tracimy, bo chwile mi zajmuje zorientowanie się, nad którym jeziorkiem wylądowaliśmy. Wreszcie jest punkt i dalej Laski skałka i prosta nawigacja do bazy. Paweł mnie ciśnie żebym napierał przy okazji oszukując na zegarku, że czas nam się kończy. Docieramy do bazy, zmęczeni i dojechani dowiadujemy się, że jesteśmy pierwsi. Okazało się, że nikt oprócz nas nie podjął się wystartować na trasie pieszej extreme (50 km).  Paweł zabiera puchar – na pamiątkę startu w piewszym ultra w swoim życiu. Zadowoleni wracamy, ja do pracy, a Paweł oddaje się w ręce Morfeusza. Ot i cała historia z duchami. W podsumowaniu można tylko pochwalić za organizację, były kiełbaski, żurek, ciasteczka – naprawdę było super, zamierzamy powrócić może tym razem na rowerek.