Stowarzyszenie Vajra

vajra baner.jpg

Nasze Imprezy - kliknij w baner

 

 

 

 

 

Aktualności Vajra

Tadżycka opowieść - Część II – „Powrót do normalnośći"

Email Drukuj PDF

Nękani przez insekty, żar i kłopoty żołądkowe, spiąc po rowach, wracajmy troszkę zawiedzeni obraliśmy kierunek na Duszanbe. Doświadczając skrajnego odwodnieni spowodowanego biegunkami i zatruciami oraz wysoką temperaturą postanawiamy skorzystać z lokalnego transportu. Niestety z powodu bariery językowej stajemy się ofiarami małego oszustwa i tracimy 10 $ i nie osiągając zamierzonego celu. Napięcie spowodowane owym zdarzeniem przelewa czarę goryczy w zespole, zmęczenie materiału osiąga szczyt. Musimy od siebie odpocząć, kapitan jedzie na sportowo przez przełęcz Anzop, a ja z Żułtym postanawiamy zakosztować turystyki. Niestety pech nas nie opuszcza po chwili łapiemy gumę i nie dajemy rady pokleić, a dodatkowe dętki zamortyzowały się wcześniej. Szczęście w nieszczęściu łapiemy darmowy transport do Duszanbe gdzie u pięciokrotnego mistrza Azji w kolarstwie zakupujemy dętki, opony i łatki. Jeden dzień poświęcamy na odpoczynek i zwiedzanie stolicy, co najważniejsze jemy i nabieramy sił. Ichniejszy czikenburger był tak dobry, że mój skurczony żołądek nie przyjął tego co moje „oczy” pochłonęły. Po wyżerce znowu na rowery i kierujemy się do miasta Panjikent i urokliwych 7 jezior gdzie spotykamy naszego kapitana. Ale zanim to się stało przejeżdżamy z Żółtym przez tunel Anzop tym razem na pace Ziła wraz z robotnikami co chroni nasze rowery przed zabetonowaniem ponieważ owy tunel jest remontowany. Pracownicy budowlani jak to zwykle na delegacji poruszają tylko jeden temat. Żółty miał okazję poznać nawet w wersji wizualnej, za pomocą wszechobecnej telefonii komórkowej, zainteresowania seksualne jednego z robotników. W pięknym otoczeniu jezior wracamy kamienistą drogą co wszystkim daje się we znaki ale dajemy radę i docieramy do Anij gdzie nocujemy na jakiejś posesji tadżyckiej rodziny. Po rozczarowaniach związanych z zakazem wjazdu do Pamiru rodzi się nowy pomysł przejazdu przez przełęcz o wysokości ok. 4000 m n.p.m. Ja podejmuję zdrową decyzję o powrocie przez znaną mi już przełęcz Sharkiszan, która dała mi już popalić, mam tylko nadzieję, że nie spotkam zaprzyjaźnionego psa. Moi koledzy oczywiście rekompensują sobie rozczarowanie Pamirem pokonując ową przełęcz i spotykamy się po 2 dniach w Hujancie. W między czasie zwiedzamy tutejsze sklepy w poszukiwaniu prezentów dla naszych kobiet i rodzin stwierdzamy, że nie ma co kupić. Zapychamy żołądki w lokalu piątej kategorii. Po rozstaniu przyklejam się do Tira i bardzo szybko osiągam wysokość tunelu, ale niestety tracę szprychę w kole i muszę się odkleić, na dodatek okazuje się, że mam w ferworze walki trafiły do mnie szprychy nie pasujące do mojego koła. I tu jak z nieba pojawia się wybawienie w postaci samochodu terenowego i propozycji podwózki nie mogłem odmówić takiej propozycji. Po szlifowaniu języka rosyjskiego wysiadam na równiutkiej jak stół asfaltowej drodze co pozwala mi dojechać bez szprychy w umówione miejsce. Chłopaki również mieli podróż z przygodami ponieważ nękało ich robactwo i gorączka wspomagają się extremalną podwózką Ułazem. W Hujencie gościmy 2 dni u mistrza Azji w boksie, który zaprosił nas do siebie. Korzystamy z tutejszej bani czyli sauny parowej oraz odwiedzamy fryzjera. Planujemy Kirgizję ale plan upada w gruzach ponieważ część naszej ekipy musi leczyć chorobę wywołaną przez ”zielonyj gorod” czyli tzw. po naszemu kaca. Sądząc po cenie – 3,5 zł za pół litra można było się spodziewać skutków ubocznych po konsumpcji owego trunku. Po małym postoju przed granicą w oczekiwaniu na termin przekroczenia granicy żegnamy tadżycką ziemię i wjeżdżamy do jeszcze bardziej urokliwego Uzbekistanu. Przesyceni kontaktami z miejscową ludnością i próbie pozbawienia nas roweru w ostatnią noc barykadujemy się na samolot na lotnisku 15 godzin przed wylotem. Czujemy się jak Tom Hanks w filmie Terminal. Przed wylotem spotykamy rodaków jak widać nasi są wszędzie. W Rydze witamy upragnioną strefę Shange i integrujemy się z poznanymi Polakami. Doceniając to iż jesteśmy europejczykami, całując w Warszawie polską ziemię postanawiamy nie narzekać na nasz kraj oraz kierowani ostatnimi doświadczeniami postanawiamy, że będziemy płacić więcej podatków aby nasz piękny kraj nie stał się drugą Azją centralną. A kiedy przestaniemy tak myśleć znowu wyruszymy w daleką podróż w poszukiwaniu miłości do kraju. 

Tadżycka opowieść - Część I – „W stronę Pamiru”

Email Drukuj PDF

Od czego by tu zacząć naszą tadżycką opowieść. Myślę że najlepiej od samego początku czyli od tego jak wszyscy we trójkę spotkaliśmy się w pociągu relacji Katowice – Warszawa. Podekscytowani powiewem przygody pożegnaliśmy swoje kobietki i ruszyliśmy na podbój Azji Centralnej. Docieramy do stolicy w moment jak się potem okazuje to mniej więcej tyle samo czasu zajmuje nam dotarcie z Warszawy do Taszkientu. Żółty od razu testuje w Warszawie rower zjeżdżając na schodach do przejścia podziemnego. Jak się ma coś rozwalić to teraz, a nie na obczyźnie – powiada. Docieramy na Okęcie co chwilę jakieś komunikaty o pozostawionych bezpańsko bagażach, ale na szczęście to nie są pakunki żadnych islamskich kolegów. Rozkręcamy rowery, robimy przepaki i się odprawiamy. Ostatni Red Bull na Polskiej ziemi i odlot Łotewskimi liniami do Rygi gdzie żegnamy się ze  Stefą Schengen i witaj Azjo. Po 5h lądujemy w Taszkiencie Składamy nasze welocypedy. W miedzy czasie wyczaja nas Andrzej, student z warszawy podróżujący również z sakwami rowerzysta z Warszawy który również wybiera się jak my do kraju Mahometa tylko, że na 5 miesięcy z kierunkiem na Chiny. Endriu towarzyszy nam przez 5 dni potem się rozstajemy, ale cały trzy dniowy tranzyt przez Uzbekistan zakończony zamkniętą granicą nam towarzyszy. Napięcie wzrosło bo do końca wizy 6h godzin, a my do najbliższego otwartego przejścia mamy 250 km. Szybka decyzja o wynajmie busika, negocjacje i z początkowego 100 $ od osoby staje na 100 $ za kurs. I zaczął się wyścig z czasem ponad 300 km bo nasz kierowca nie wie gdzie ma jechać, kluczy po dziurawych uzbekistańskich drogach. Docieramy spóźnieni do granicy, ale na szczęście zaspani celnicy nie robią problemów i spokojnie zasypiamy w tadżyckim rowie. Po drodze oczywiście przygody Żułty wyrzuca saszetkę Jacusia z paszportem i dokumentami przez okno na szczęście szybka reakcja hamujemy i wraca do nas.

Po odespaniu ruszamy dalej co jakiś czas melonik i arbuzik uzupełniają nasze deficyty wody w organizmie. Troszkę zaczynają się podjazdy bo cały Tadżykistan w 98% to góry. Co jakiś czas puki są miasteczka i skrepy kosztujemy miejscowej kuchni i produktów w oczekiwaniu na wymianę bakteryjną i efekty obstrukcji. Żułty zostaje fanem kwasu chlebowego, który po jakim czasie wychodzi bokiem jak i wszystko J. Mijają kilometry pierwsza ostra przełęcz Sharkisztan. Podjazd na 3300 m n.p.m. – KOSZMAR, ale za to potem długi zajazd do Anini gdzie na zjeździe dopada mnie jakiś kundel i rozrywa swoimi zębiskami sakwę na szczęście po próbie przegryzienia opony odczepia się, ale nie dziwne na liczniku z 50 km/h. Zadowolony, że ja nie ucierpiałem ze spotkania z bestią. Bykujemy się w morelowym raju gdzie zajadamy się tymi rarytasami. Potem przed nami przełęcz Anzob i tu rozstajemy się z Andrzejem, który jedzie przez przełęcz a my podejmujemy się extreamalnego przejazdu przez remontowany tunel.  Brudni i nasyceni spalinami zyskujemy dniówkę. Przy okazji Jacuś potrąca w tunelu kierowcę tira który sobie naprawiał koło, po tych doznaniach trochę luzu i długi zjazd ponad 40 km do Duszanbe gdzie spotykamy rodaków, którzy jadą do Afganistanu. Po opuszczeniu stolicy długa monotonia: góra, dół, góra, dół i bezdroża. Mijają kolejne miasta i wioski. Kulob to tu pojawiają się pierwsze informacje docierające do nas o wojnie i zamknięciu Pamiru. Nie poddajemy się napieramy dalej chcemy dojechać, niestety docieramy do Kajlakum i tu decyzja, że dalej nie pojedziemy pod groźbą zwiezienia nasz przez francuską ambasadę która ma prikaz ewakuacji turystów europejskich. Krótka decyzja, odbijamy na Duszanbe i nie jedziemy na Horg gdzie trawa wojna domowa zapoczątkowana przez przemytników narkotyków. Po pokonaniu blisko 2 km przewyższenia widzimy ośnieżone góry Pamiru. Mamy chęć tu jeszcze powrócić alby osiągnąć cel wyprawy. Rozgoryczeni, że było tak blisko zaczynamy powrót do normalności i tułaczkę po Tadżyckiej ziemi. Ale o tym w części II „ Powrót do normalności”

Azja, Pamir i rowerek - czyli któtka historia jak w to dałem sie wrobić

Email Drukuj PDF

Już dzisiaj trudno mi jest odszukać z zakamarków mojej pamięci jak do tego doszło, ale ze szczątków danych zapisanych na dyskach mojego mózgu wyłania się postać Jacusia i luźnego hasełka: Są tanie bilety w kierunku Dalekiego Wschodu i napomknął o jakiś zapomnianych rosyjskich republikach i Pamirze. Na tamten czas zabrzmiało to jak promocja w markecie. 1200 zeta w obie strony to przecież za darmo. Na spontanie zapadła decyzja- kupujemy, najwyżej straci się te parę groszy jakby co. Miesiące mijały zapomniane plany zaczęły się zagęszczać, w międzyczasie ruszyła moja praca i byłem bardzo pochłonięty prostowaniem dróg pogubionej młodzieży. Pisząc o tym uświadamiam sobie, że to już mija ponad 10 miesięcy. I zaczęły pojawiać dla mnie obce tematy urlopów, zorganizowania reszty funduszy itp. Po drodze jakieś okupione odmrożeniami roboty, za które zakupione zostały wizy i całe biurokratyczne zabiegi związane ich pozyskaniem. I nadszedł ten dzień spotkania przed wyprawowego – spontan na całego. 2 dni przed wyprawą dogrywane szczegóły rysowanie map – i tu mała refleksja, że jedynym naszym wytycznym jest pomysł, idea objechania masywu górskiego Pamir, który zlokalizowany jest na granicy Uzbecko Tadżycko Kirgiskiej. Do przejechania ponad 2600 km górskimi szutrami, pokonując przełęcze na wysokości 4700 m n.p.m.  a jedynym naszym przewodnikiem jest mapa poglądowa 1:100 000 – wesoło. Ale zapał i humor nas nie opuszcza. Wstępnie plany jak zrozumiałem naszego samozwańczego kierownika i z gryzmołów na kartce to nasz plan w zarysie wygląda tak: Taszkient – Duszanbe – Kulog – Chanop – tranzyt przez Kirgistan –coś tam – Znowu Duszanbe i na krechę żeby zdążyć na samolot w Taszkiencie 18.08.,  ale oczywiście są jakieś planowane 4 dni kondycyjne głównie przy jeziorach i źródłach- pewnie żeby się umyć. To tyle ze skrawków poniszczonego, zrytego i porysowanego dysku. Od jutra przechodzimy za zapis papierkowy. Odstawiamy komórki, karty bankomatowe i inne spuścizny cywilizacji. Siadamy na swoje stalowe rumaki, aby poczuć wiatr w nozdrzach. I jak Jon Wally ruszymy tym w kierunku daleko wschodzącego słońca. Kierunek wschód.

Czyli do dzieła Start 13.07 godz. 5.00 (przyjmując tą trzynastkę za dobry omen ponieważ nie opuszcza mnie ona od zarania mojego istnienia, ale to w innym wątku) - wsiadając do pociągu relacji Katowice – Wraszawa Zachodnia

Meta – 20.08 Warszawa Okęcie – czyli dotkniecie stopą ojczystej ziemi.

Damy radę Czak.

P.S.

I parę dodatkowych szczątkowych zapisów z dziennika pokładowego.

Na szlak śladami M.K.Z w pierwszej wyprawie pod flagą Vajry uczestniczą.

Jacek Różański – kierownik główny prowodyr i prowokator tego zamieszania. To on będzie duszony w razie niepowodzeń. Jest również nawigatorem, to on ma mapę. Dobrze to obmyślał - po operacji kolana nie będziemy mogli go zostawić, jakby co trzeba będzie go holować- ten to się umie ustawić.

 

 

 

 

Marcin Żułtak – mechanik, w jego ręku wszystkie narzędzia, główna moc napędowa wyprawy, jak by co to on będzie ciągnął Jacka i mnie.

 

 

 

 

 

Sebstian Kołodziej – zaplecze medyczne wyprawy. Liznęło się parę szkoleń i  i pół roku za sanitariusza, to ja mam wszystkie leki, apteczkę i takie tam środki wspomagające (pawilon, smekte no-spe i różne takie tak na wszelki wypadek).

 

 

 

 

Ekipa bardzo dograna – mało mówna ale dopinająca

Strona 10 z 36