Stowarzyszenie Vajra

vajra baner.jpg

Nasze Imprezy - kliknij w baner

 

 

 

 

 

Aktualności Vajra

TDS - smak porażki

Email Drukuj PDF

Bieg pod Mont Blanckiem to bardzo elitarna i renomowana impreza biegowa. Oferuje swoim biegaczom cztery trasy CCC – 98km, TDS 114 Km, UTMB – 168 km,  PTL - 290 km, a żeby dostać się na któryś trzeba uzbierać wcześniej punkty w innych biegach ultra. Ja swoje zdobywałem w Biegu 7 dolin (100 km) i TransJurze (164 km).  Pierwsze podejście się nie udało nie zostaliśmy wylosowani na bieg UTMB, my to znaczy Ja i Paweł, dlatego podjęliśmy decyzję o wystartowaniu na trasie, gdzie były wolne miejsca czyli TDS. Potem oczywiście zweryfikowaliśmy swoje poglądy i cieszyliśmy się że nie trawiliśmy szóstki w losowaniu do biegu głównego. Do ostatnich chwil ważyły się losy mojego wyjazdu Paweł podjął nawet desperacką decyzję, że pojedzie sam. Na szczęście udało się wszystko pozałatwiać w pracy i dzięki uprzejmości kolegów 27 sierpnia zaraz po 72 godz. pracy oglądałem widoki autostrad polskich, niemieckich, szwajcarskich i francuskich. I tak po 17 godzinach lądujemy w Chamonix o 3.00 nad ranem. Dzień zwiedzania targów będących oprawą imprezy – jest wszystko z górnych półek, niestety nie dostępne dla Polaczka, który zaopatrza się w Decatlonie, można tylko pomarzyć. Idziemy się zarejestrować z całym wyposażeniem, które zabierzemy na bieg ponieważ musi ono przejść dokładną kontrolę czy się nadaje na trasę ponieważ zapowiadają nie ciekawą prognozę pogody. Na szczęście wszystko było ok. i opieczętowani i „zaczopowani” z każdej strony idziemy podziwiać Alpy ponieważ jest piękna pogoda i widoczność znakomita, aż się nie chce wierzyć w zapowiadane prognozy.

Wreszcie nadchodzi godzina „0” i ok. 3.00 nad ranem zaczynamy się przygotowywać do wyjścia. Niestety prognozy się sprawdziły i temperatura spadła i zaczęło padać. Upchani w autokary zostajemy przewiezieni do Courrmayeur, przy okazji zwiedzamy wnętrze masywu przejeżdżając tunelem pod Mont Blanckiem. Wreszcie start – w okrzykach jak pod Wieżą Babel i muzyce z Piratów z Karaibów ruszamy w swoją drogę selekcji naturalnej. 1400 osób na starcie  już po godzince czuję się jak pod Giewontem albo Rysami. W kolejce na szczyt próbuję lekko boczkiem ale szybko rezygnuje bo wiecie jak to jest gdy w markecie próbujecie wejść w kolejkę, na szczęście nie jestem poliglota i nie byłem w stanie zrozumieć pewnie inwektyw, ale wyrazy twarzy wyrażały emocje, to wystarczyło żeby spokojnie jak baranek na rzeź powoli przesuwać się w górę. I nagle przełęcz i szok wszyscy jak stado na łeb na szyje, naprawdę byłem w szoku,  z małą stratą realizowałem swój plan mieszczenia się w limitach. Czas namaczania osiąga apogeum kilogramy H2O pomagają mi osiągnąć szybko kryzys i na 30km ledwo się przebieram z bardzo mokrych na mniej mokre ciuchy ponieważ okazało się że mój plecaczek inov okazał sie mało odporny, chociaż wodoodporny, na ten rodzaj żywiołu. Pomimo strasznych drgawek udało się trafić kończynami w odpowiednie otwory ubrania i przebrany napieram w dół długim zbiegiem do punku z limitem. Po drodze mijam kolejnych zawodników czuję się jak młody bóg i nawet troszkę słońca się pokazało, odbieram to jako optymistyczny omen. Nagle ku mojemu zdziwieniu ani ludzi ani znaków – szybka nawrotka i w górę. Tracę kolejne cenne minuty po drodze mijam zdziwione twarze już wcześniej mijanych biegaczy. Wpadam w desperacji po limicie na punkt. Z jeszcze jednym francuzem gdy zapytani z ulgą i uśmiechem na twarzy deklaruje że kontynuuję. Odbijają naszą obecność na punkcie  i zaczynamy razem zmagać się z najdłuższym na trasie 1900 m podejściem. Cisnę ostro bo do następnego limitu zostało 4 godzinki, a ja mam poślizgu 30 min. Dodatkowo działam pod presją bo za mną organizatorzy zamykają trasę, zapada noc deszcz dalej nie odpuszcza, dochodzę do punku kontrolnego, wyciągam kanapkę mojej żonki – myślę zjem i dalej bo do punktu z limitem zostało jeszcze z 7 km. Patrzę optymistycznie bo na zegarku 20.30 i nagle obuchem w łeb organizatorzy nie pozwalają kontynuować, szok w środku się gotuje ale siła wyższa i bariera językowa nie pozwala podjąć dyskusji. Finito. Przez następne 3 godziny próbują nas przerzucić do Chamonixa – i to chyba najgorsze 3 godziny jakie spędziłem na tych zawodach. Z powodu braku ruchu stygnę i doświadczam skrajnego zimna. Przerzucani z busa do busa, nareszcie zrzucam mokre ciuchy i coś zjadam. Zajmując się krawiectwem  z foli NRC zmierzam pełen goryczy do namiotu, po drodze układam gadkę  jaką wcisnę żonie i Pawłowi, bo przecież do porażki się trudno przyznać. Pocieszam się, że nie zszedłem z własnej woli tylko to wina żabojadków. Ale tak naprawdę to po prosu trzeba było szybciej napierać, no cóż - 50% normy to też dużo – i co teraz, bieg do poprawki. Co jakiś czas pozdrawiając tych co dobiegali do mety docieram do ciepłego szpiworka – z bólem zasypiam. Na drugi dzień osładzam sobie porażkę atmosferą kibicowania na biegu UTMB skróconego o 60 km. Okazuje się że TDS to była w tym roku najdłuższa poza PTL trasa na tym biegu. Na szczęście Paweł podtrzymał honor Vajry i ze słowami cyt. „nigdy więcej” spełniony położył się spać, a w drodze powrotnej już planuje start w biegu głównym czyli UTMB.  Mam nadzieję,  że spotkamy się za rok pod ośnieżonymi szczytami Mont Blanck,  ja zdając powtórkę z rozrywki, a Paweł na biegu głównym. I miejmy że nadzieję ze pogoda tym razem dopisze.

6 Ras Festiwal - Zaproszenie

Email Drukuj PDF

Jak co roku zapraszamy do Park Leśna w Sosnowcu Kazimierzu na 6 już Ras Festiwal czyli Festiwal muzyki reggae artdziałań różnych i sportu niecodziennego. My też tam będziemy - promując sport niecodzienny - oczywiście !!!

Więcej informacji na stronie Fali Inicjatyw - www.falainicjatyw.pl

Tadżycka opowieść - Epilog

Email Drukuj PDF

Po pięciu tygodniach spania po rowach, jazdy po znikomych ilościach asfaltu, kąsani i zjadani żywcem przez robactwo, kłopoty żołądkowe, gotowani żarem z nieba, setki razy odpowiadając na pytanie ad kuda i paru innych atrakcji. Stwieradzam że to za dużo jak na jeden raz dla mnie mało wprawionego rowerzysty. Był to chrzest. Jedyną rekompensatą za te atrakcje to doświadczanie wizualne piekna przyrody i odbycie małej podróży do wnętrza siebie gdzie można było sobie odpowiedzieć na nurtujące pytania. Całą ta Azja pomimo występowania odmiennych upodobań estetycznych i kulturowych przypomniała mi o paru fajnych wartościach gościnności, szacunku do starszych, oraz doceniania małych prozaicznych rzeczy dorobków cywilizacji. Pomimo nie osiągnięcia zamierzonego celu co tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia bo pokonałem znowu jakąś swoją małą granice. A z takich małych statystyk to pokonaliśmy prawie 2500 km, czasami jadąc w słońcu o temp. 54 stopni Celsjusza, pokonując przełecze od 3300 – 4000 m npm, jadąc 5km w spalinach pod ziemia, a największe pokonany podjazd to 2000 m w pionie. Wiec uważam że wyprawa naprawdę syta. Co oczyście powoduje to że na jakiś  czas wystapi u mnie uczulenie na rower i góry. Chociaż przede mną TDS w pieknych okolicach Mont Blanck ale o tym już z początkiem września.

Zapraszamy do Galerii - (fotki niestety tylko z telefonu bo w ferworze walki nie wzięliśmy aparatu)

Strona 9 z 36